Po obejrzeniu tego filmu (i po przesłuchaniu wszystkich jego piosenek i przeczytaniu książki) zaczynam pomału rozumieć, o co chodzi. Nie, że po samej muzyce nie miałam pojęcia, ale dopiero wysłuchanie innych wersji trochę pomogło (second opinion - po raz kolejny sprawdza się geniusz takiego podejścia). Niesamowite, że w zasadzie przesłuchanie utworów Cohena w innym niż jego wykonaniu, pomaga zrozumieć jego twórczość. W sumie banał, że dopiero po skonfrontowaniu danej idei z czymś innym widać jej sens. Co ma tylko Cohen:
- najsmutniejszy głos na świecie, który nawet gdy jest wesoły, to jest smutny - i za to go kocham, a poza tym głos dziadka doświadczonego życiem, który spogląda wstecz i wspomina bujne życie/głos z zaświatów pochodzący od trudnego do zidentyfikowania człowieka(nie-człowieka)
- on nie śpiewa, on opowiada historie, które mają swoją historię, i sam ma historię
- ma Macieja Zembatego (myślę, że dalej ma) i jego przekłady,
- nie wiem, co ma, ale to jest właśnie to, czego szukam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz